Uważaj na ciasteczka!
Tutaj korzysta się z ciasteczek. Jeśli nie wiesz o co chodzi, kliknij i przeczytaj!

Patrząc na to co dzieje się od jakiegoś czasu w Katowicach mam wrażenie, że ulubionym miejskim sprzętem jest dziś kosiarka. Lubią ją nie tylko urzędnicy, ale także my – mieszkańcy. Bo przecież po przejechaniu kosiarką, trawnik wygląda ładnie, równo i elegancko. Tyle tylko, że zazwyczaj odrasta zarówno trawa, jak i chwasty. Dodatkowo miasto to chyba coś więcej niż trawnik.

Kilka dni temu ogłoszono wyniki głosowania na pomysły, którą mają być zrealizowane z pieniędzy budżetu obywatelskiego w przyszłym roku. Wiele z nich będzie zlokalizowanych w szkołach lub bibliotekach miejskich. Wielu z autorów projektów oburza się na tą sytuację i proponuje, by w kolejnym roku instytucje te nie mogły startować do tej puli środków.

Rzeczywiście na pierwszy rzut oka sytuacja wydaje się dosyć kuriozalna. Magistrat ogłasza budżet obywatelski, w którym mieszkańcy wybierają projekty, złożone przez instytucje podległe temu magistratowi. Czy nie prościej byłoby po prostu przekazać pieniądze szkołom, bibliotekom, domom kultury? Przecież te podmioty, skupiające często wiele tysięcy osób, zawsze będą miały łatwiej w akcjach, zachęcających do głosowania niż zwykły Nowak czy Kowalska. Zabierają więc obywatelom pieniądze.

Sprawiedliwy budżet?
Według mnie takie „sprawiedliwościowe” podejście nie jest dobre dla tworzenia miasta. Można skosić te instytucje i wykreślić z udziału w edycji 2018, ale co to nam da?

Po pierwsze te organizacje nadal będą istnieć. Nie będziemy jedynie widzieć ich działań na fragmencie miejskiego trawnika, zwanym budżetem obywatelskim. Inwestycje przez nie realizowane będą pozbawione jakiejkolwiek formy weryfikacji przez mieszkańców.

Po drugie wiele osób ma opór, jeśli chodzi o finansowanie działań domów kultury czy bibliotek, z 20 mln. zł. przeznaczanych na budżet obywatelski. Jednak opór często wynika raczej z roli, jaką pełnią (lub raczej słabo pełnią) te instytucje w kształtowaniu oferty dla określonych grupa wiekowych mieszkańców.

“Misie z Mariackiej i Warszawskiej”
Wśród moich znajomych w przedziale wieku 20-40 lat prawie nikt nie postrzega tych instytucji, jako ośrodków budowania lokalnej społeczności. Dyskusje czy spotkania odbywają się raczej w klubach i restauracjach niż w salach szkolnych czy bibliotecznych. Częściej już coś odbywa się w regionalnych instytucjach – Muzeum Śląskim czy Bibliotece Śląskiej.

Oczywiście to tylko wąska grupa mieszkańców, nazwana kiedyś pogardliwie i błędnie „misie z Mariackiej” (gdy padło to określenie, większość wydarzeń tego typu przeniosła się do lokali na ul. Warszawskiej). Jednak to właśnie te osoby, w dużej mierze, dziś wykorzystują takie narzędzia współtworzenia miasta, jak budżet obywatelski.

Według mnie lepsze od wycinania byłoby zastanowienie się co w ofercie domów kultury czy bibliotek nie działa na tyle, że część osób uważa, że projekty składane przez te instytucje są „dla tych instytucji”, a nie mieszkańców, którzy tam przychodzą?

 

Co z tym trawnikiem?
Rozwiązanie kosiarkowe w takich sytuacjach jest proste. Lepiej chyba byłoby użyć glebogryzarki, zwanej też kultywatorem. Tylko, że tutaj obie strony – „misie z Mariackiej/Warszawskiej” i urzędnicy – będą mieli dużo więcej pracy. Korzystając z tego narzędzia zniszczymy trawnik, ale jest szansa, że gdy odrośnie będzie bogatszy.

Od razu też zaznaczę, że nie każdy kto chce leżeć na trawniku, chce zajmować się jego pielęgnacją. Należy też się spodziewać, że w wyniku wspólnych prac może dojdziemy do wniosku, że od trawnika lepsza jest łąka?

Warunkiem zmiany narzędzia jest jednak obopólna zgoda, że odkładamy swoje kosiarki i wspólnie stajemy przy kultywatorze. Dziś wydaje mi się to w Katowicach niemożliwe (a może i nie tylko w Katowicach?).

Gdy kilka tygodni temu miejscy aktywiści (brałem udział w tym spotkaniu, jako prezes Fundacji Napraw Sobie Miasto), radni i politycy z regionu spotkali się by porozmawiać o wizji Katowic w 2050 r., dziennikarze i wielu przedstawicieli obozu katowickiej władzy uznało, że powstała koalicja, przygotowująca się do wyborów samorządowych w 2018 r. Dyskusja została zaszufladkowana, a przekaz “upolityczniony”. Sprawa zamknięta.

Przestrzeń do rozmowy, która nie jest wymianą ciosów, ale próbą znalezienia lepszych metod korzystania z dobra wspólnego, jakim jest miasto, wydaje się całkowicie znikać. Mam poczucie, że już we wszystkich sprawach trzeba być albo za Clinton albo za Trumpem, a nigdy pomiędzy nimi – to tak, by uciec od bliższych porównań.

Dobrze działające miasto natomiast to zawsze obszar “pomiędzy”, bo w swej strukturze uwzględnia potrzeby wielu grup. Poza tym w Katowicach liderów na miarę – przy wszystkich ich wadach – Hilary i Donalda chyba ciągle nie mamy?

Odrobina kultury
Gdyby gdzieś udało się odłożyć kosiarki to może na początku właśnie w strefie kultury? Obecny kształt tego trawnika mamy dosyć dobrze opisany przez autorów raportu „DNA Miasta: Katowice – polityka kulturalna”.

Kultura dotyka wielu obszarów funkcjonowania miasta i staje się “flagowym” produktem Katowic. Dodatkowo jeśli uznamy, że miasto to przede wszystkim sieć powiązań między ludźmi, która materializuje się w postaci ulic, domów i kanalizacji to rola kultury staje się kluczowa dla jego rozwoju.

Dlatego według mnie przykładowy problem kosiarkowy zdefiniowany, jako „czy dom kultury może uczestniczyć w budżecie obywatelskim” jest jałowy. To raczej pytanie o objawy, a nie realne przyczyny.

Może lepiej byłoby odpowiedzieć na tą rekomendację z raportu DNA Miasta – „propozycja nowej wizji musi nie tylko zostać bezwzględnie poddana publicznej ocenie i dyskusji, ale jej tworzenie powinno odbywać się w sposób partycypacyjny”? Zdanie to dotyczyło polityki kulturalnej, ale według mnie odnosi się też do wielu innych obszarów.

Tylko czy jesteśmy na to gotowi? Czy wolimy dalej kosić? Przecież przyczyn do włączenia kosiarki jest wiele – prasa pisząca o europejskich stawkach przy zamówieniach w Katowice Miasto Ogrodów – Instytucja Kultury im. Krystyny Bochenek, urzędnicy mówiący o potrzebie szukania “nowych” rowerzystów do rozmowy o polityce rowerowej, aktywiści miejscy zarzucający prezydentowi brak dobrej woli i… vice versa.

 

Tekst ukazał się 17 października 2016 r. w Gazecie Wyborczej, Katowice.

Comments are closed.