Uważaj na ciasteczka!
Tutaj korzysta się z ciasteczek. Jeśli nie wiesz o co chodzi, kliknij i przeczytaj!

Kilka dni temu w GW ukazała się polemika “W Katowicach kładziemy nacisk na transport zrównoważony” autorstwa rzecznika katowickiego magistratu Macieja Stachury. W wielu punktach wypada się zgodzić z argumentami przedstawionymi w tym tekście. Od 2012 r. katowicki magistrat współpracuje z użytkownikami rowerów. Wspólnie wypracowane zostały założenia strategiczne dla rozwoju transportu rowerowego, jak i wiele projektów zmian organizacji ruchu na ulicach naszego miasta. Po raz pierwszy współpraca ma wymiar systemowy i stały.

Na forum tego zespołu po raz pierwszy też ówczesny wiceprezydent Marcin Krupa miał okazje się spotkać i dłużej współpracować z przedstawicielami katowickich organizacji pozarządowych. Jak po ostatnich wyborach sam mówił to właśnie te spotkania skłoniły go do otwarcia na szerszą współpracę i m.in. zawarcie w swojej umowie z mieszkańcami punktów dotyczących stworzenia centrum organizacji pozarządowych oraz wspierania polityki rowerowej.

Z pewnością nie można więc mówić, że magistrat po 2014 r. nie współpracuje z rowerzystami. Według mnie jednak trzeba głośno mówić, że w katowickim magistracie panuje kult samochodu.

Kult samochodu
Wyznawcy tego kultu to w większości absolwenci Wydziału Transportu Politechniki Śląskiej. Uczelnię tą kończył, a także na niej wykładał Marcin Krupa. Chcąc zobrazować podejście do wykorzystania roweru w transporcie, odsyłam chętnych do wydawanego przez ten wydział od wielu lat kwartalnika “Problemy transportu”. Od 2007 r. na jego okładce zamieszczono dwukrotnie zdjęcia rowerów (raz był prom kosmiczny) i na kilkaset tekstów zaledwie kilka poświęconych było tematyce transportu rowerowego, przy czym nie raz były to tylko informacje o konferencjach naukowych.

Wyznawcy kultu samochodu nigdy nie uda się przekonać, że dla samochodu jest realna alternatywna w mieście. Transport to nie tylko auto, samolot, statek czy pociąg, ale też rower. Alternatywa nie oznacza, że każdy kierowca musi zacząć jeździć rowerem. Alternatywa to wybór między opcją – dziś jadę samochodem a jutro pojadę sobie inaczej.

Test zrównoważonego transportu
Jeśli ktoś uważa, że dzisiaj w Katowicach mamy taką alternatywę to zachęcam, aby wybrał się ze swoim dzieckiem w codzienną podróż na rowerze. Odwiózł syna lub córkę do szkoły, a później sam dojechał do pracy. Jeśli ktoś ma zacięcie do badań to może przejechać tylko 4-5 kilometrów na rowerze ze swojej trasy a resztę samochodem. Według mnie poza sytuacją, gdy ktoś porusza się wyłącznie w granicach osiedla typu Tysiąclecie czy Bażantowo to podróż ta będzie koszmarem.

Wyznawcy kultu samochodów trudno jest uwierzyć w wyniki badań naukowych, prowadzonych od półwiecza w różnych krajach na świecie. To nie samochody generują ruch, ale właśnie budowa nowych dróg i np. spadające wydatki na transport publiczny. Każda nowa droga zapełni się samochodami, chyba, że… wprowadzimy nawet niewielkie opłaty – to jeden z uproszczonych wniosków z analizy przy wykorzystaniu teorii gier, której autor w 2012 r. dostał Nagrodę Nobla.

Droga donikąd
Nie istnieją na świecie żadne wieloletnie badania naukowe, które pokazują, że budowa nowych dróg powoduje zlikwidowanie korków. Dlatego w Stanach Zjednoczonych chcą się uczyć od Europejczyków lub południowo Amerykańczyków. Spójrzmy na Katowice, gdzie od lat 80. XX wieku liczba mieszkańców spadła z 370 tys. do nieco ponad 290 tys. osób, a sytuacja na drogach, pomimo wydania kilku miliardów złotych, nie jest bliska ideału. Czy nie powinno to spowodować zwątpienia lub choćby nowych pytań wśród wyznawców?

Rozumiem, że budowa polityki transportowej wbrew woli większości elektoratu to sposób na przegranie wyborów czy też referendum o odwołanie ze stanowiska. Doświadczył tego np. burmistrz Bogoty Enrique Peñalosa. Tylko po kilku latach to właśnie jego podejście i inwestycje w szybki transport miejski, rowery czy przestrzenie publiczne okazały się lepsze dla mieszańców niż budowa kolejnych dróg i parkingów.

To nie tylko Katowice
Problemem systemowym miast Śląskich jest fakt, że prawo pozwala działać prezydentom tylko w granicach ich miast. Kwestie transportu, zatrudnienia, zanieczyszczenia powietrza i wiele jeszcze innych nie mają granic.

Według mnie albo sobie to rządzący wezmą do serc i wspólnie wraz z marszałkiem zaczną działać, albo władze miast będą rozwiązywać problemy, który indywidualnie rozwiązać się nie da. Trzeba jasno i głośno mówić, że mamy wyzwania, których w Katowicach, Gliwicach, Świętochłowicach nie da się rozwiązać. Chyba, że zaczniemy pracować razem.

Dla przykładu rozwinięcie systemu kolei metropolitalnej, pełniącej też role środka komunikacji miejskiej, pomogłoby wielu miastom. Przy czym należy pamiętać, że jeszcze kilka lat temu linia kolejowa z centrum Katowic dochodziła do Panewnik do ul. Kijowskiej. Jej zaadaptowanie dla potrzeb „tramwaju” miejskiego pozwoliłoby oszczędzić kilkanaście milionów złotych. Dziś w jej miejscu stoją nowe domy.

Ciągle jednak na Śląsku sieć stacji kolejowych jest najgęstsza w Polsce. Średnio oddalone są one o 1,5 km, czyli idealnie dla komunikacji miejskiej. To unikalny potencjał, z którego nadal nie korzystamy. Nawet przy koncepcji katowickich węzłów przesiadkowych.

Przechrzta?
Według mnie apostazja czy porzucenie swojej wiary to jedna z trudniejszych decyzji. Nie wierzę więc, że katowiccy urzędnicy nagle wystąpią z kościoła św. Przepustowości i spojrzą na wyniki badań naukowych, aby zrozumieć, że budowa dróg i parkingów nie rozwiązuje problemu przemieszczania się w mieście, ale jest jego przyczyną. Wydaje się to może wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale właśnie to potwierdzają analizy i przykłady z innych miast.

Mam jednak nadzieję, że Katowiccy użytkownicy rowerów będą codziennie uświadamiać osobom, odpowiedzialnym za zarządzanie transportem, iż pewnych słów oraz sformułowań po prostu nie wypada używać. Mam nadzieję, że nie padną już nigdy słowa w rodzaju „droga rowerowa, która o kilkanaście procent podniosła wartość kosztorysu”.

Równie dobrze można powiedzieć, że droga samochodowa podniosła go o kilkadziesiąt procent. Podejście oparte o ideę zrównoważonego transportu opiera się o założenie, że każda z jego form jest równoprawna. Jeśli inwestując mamy przekonanie, że coś jest dodatkiem do „głównej inwestycji” to raczej możemy być pewni, iż nie tworzymy zrównoważonego transportu. Transportu, który daje możliwość wyboru i nie wyklucza tych, których nie stać na utrzymanie samochodu lub po prostu nie chcą go mieć.

 

Tekst ukazał się 29 sierpnia 2016 r, w Gazecie Wyborczej, Katowice.

Comments are closed.